Border War 4 - sprawozdanie

Moderator: ROGI

Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Mendi » Pt maja 04, 2012 7:26 pm

Border War 4 – sprawozdanie by Mendi

Ostrzegam, że rzadko bywam obiektywny, a tekst może zalatywać letką nutką dekadencji ;P Jestem przy 3 piwie, lekko mi się pisze, może być tego sporo. Postaram się opisać jak najwięcej i to dosyć szczegółowo, by ludzie którzy nie mięli styczności z czymś takim jeszcze, a chcięli by się wybrać kiedyś, mięli jakieś wyobrażenie, bo tylko na filmach wojennych wojacy napieprzają cały czas, a nikt nie wspomina o prozaicznych rzeczach typu spanie, sranie i jedzenie.. Fotki dorzuci na dniach, jak Fajera suworowy aparat dostarczy.

DOJAZD:
Jako członkowie Koalicji PFASG zgłosiliśmy swój udział w 4 edycji ogólnoeuropejskiej imprezy asg o charakterze milsimowym – Border War, odbywającej sie w Czechach w dniach 27-29.04, dla ciekawych strona imprezy - http://www.borderwar.cz
Dnia 26.05.2012 w składzie: Rogi, Komrad Suworow, Imrahil, Fajera i Mendi (ja) wyruszyliśmy z Rzeszowa o godz. 10:00, taktycznym Fajerowym VW passatem rocznik 2007 w trasę do Czech. Passat miał customową skórę w środku, co dawało nam +3 do lansu i +5 do szybkości ;]
Droga do Krakowa ciągnęła się niemiłosiernie, w tym czasie czytałem i tłumaczyłem załodze zawiłe zasady obowiązujące na imprezie, a było tego, bagatela – ok 14 stron a4. W Bochni obiadek w zaprzyjaźnionej restauracji, znanej już z wyjazdów na edycje Stalkera, a później wlot na autostrade i nareszcie normalna jazda. Obraliśmy trasę w kierunku na Jelenią Górę i dalej w stronę granicy. Najlepsza byłaby trasa na Niemcy i dalej na Czechy, ale niestety niemieckie prawo jest dosyć dziwne jeśli chodzi o repliki broni i szkoda nam było swoje stracić, a czas imprezy spędzić na tłumaczeniach w ichnim komisariacie.... W okolicach Jeleniej widać już ślicznie Karkonosze i Śnieżkę, widok śniegu podczas upału – bezcenny. Jednak jest to kraj nagrobków, z racji kamieniołomów, wzdłuż drogi ciągną sie dziesiątki firm oferujących kamienie nagrobne... jak w nekropolii, a jakie nazwy mają ciekawe: Dziurex, Durex, Drutex i Batemeks chyba stamtąd pochodzą właśnie. Przejeżdżając przez góry mięliśmy dziką ochotę nasypać śniegu do auta i chłodzić w nim piwo, niestety schowek nie był obity skórą przez co nie by przystosowany na śnieg... Po kilku godzinach w aucie zaczynała nas brać głupawka, było wesoło, aż żuchwy bolały.
Od granicy, czysto umownej, bo przecież przejść nie ma, drogi trochę sie pogorszyły i ostatnie 70km jechaliśmy wolniej, przynajmniej był czas by podziwiać widoki – a było co podziwiać, niby mały kraik, bez większego znaczenia, ale pola elektrowni wiatrowych czy słonecznych to tam żadna rewelka, w porównaniu do tego my ejsteśy za murzynami...
Na miejsce dojechaliśmy po ponad 10 godzinach jazdy, ok. godz. 20:00, o ile mapa IGO dawała sobie radę przez 700km, o tyle sam teren rozgrywki był juz w lesie i garmin Rogiego znów okazał się bezcenny.

STREFA OFFZONE: mieściła się na sporym asfaltowym parkingu, gdzie normalnie jakieś tory dla quadów są czy coś. Ludzi było juz multum, a całą noc dojeżdżali. W rogu parkingu stała cysterna z wodą pitną oraz kilka toi-toy.
W polskich wz93, z naszywkami PFASG i POLAND wyruszyliśmy dumnie z replikami na przestrzelanie na chrono i rejestrację. Stojąc w ogonku kolejki, mięliśmy okazję podziwiać ogrom różnych mundurów i rodzajów replik, widzieliśmy chyba wszelkie wariacje elektrycznych, sprężynowych i gazowych m4, ak, m249, m24, giet i innych, oraz smaczki w postaci MG42 (Niemcy mięli tego sporo), M60, Browninga czy innych rzadkich wynalazków, następnego dnia widzieliśmy też rumuńskiego ostrego PK przerobionego na asg. Swd też było sporo – RS, CYMA, CA i A&K, ale nie były tak ładne jak moje wiosło ;D
Chronowanie było dosyć proste, stoiska były dwa, kulek 0,20g goldenbal pod dostatkiem, chrono guardera, strzelało się w plandekę, a zasady dzielenia na kategorie były takie: do 120m/s zielona nalepka (full auto od 10m, również w budynkach), pomiędzy 120-150m/s – żółta (full auto od 15m, w budynkach semi), pomiędzy 150-170m/s czerwona (tylko semi, od 30m, wymagany boczniak). Regulamin dopuszczał w snajpach sprężyny m170, moja niunia na takowej daje stabilne 190m/s i lekko ludziom przy chrono miny zrzedły, ale po rozmowie dopuścili. Dalej wypełniliśmy formularze, zwaliśmy kartki z chrono, dostaliśmy czerwone opaski na rękę z numerem oraz pakiety startowe – mapa, nalepka strony gry, voucher na żarcie, jakieś tam reklamy i naszywki ( jeśli ktoś wcześniej zamówił). Naszywki można było kupić osobno za 5 euro, a koszulki coś ok 14 euro stały. W głownym namiocie było kilka stoisk sklepowych – nasze miwo z ofertą w kamo czeskim, jakieś repliki oraz sporo baterii, magazynków, masek na twarz, bebechów do klamek i innych ustrojst – wszystko jak na nasze standardy dosyć drogo.
Przed głównym namiotem były 2 stoiska cateringu, za korony lub euro można było zjeść kurczaczka, kiełbaskę, sałatkę oraz jakieś inne mięsne dania, a wszystko to popić zimnym aczkolwiek obrzydliwym, bezalkoholowym piwem miejscowym (25 koron, lub 1 euro) lub czymś co zwało sie Kofola – wyglądało jak pepsi, ale wybełtane z odrobiną piwa i sokiem winogronowym, w smaku podobne do niczego, ale podczas upału w następnych dniach było zimne i miodne.
Organizacja przy tak dużej liczbie ludzi – ok tysiąca, jest niewątpliwie trudna. Ni wiedzieliśmy gdzie nas dokładnie przydzielono, orgowie tez nie wiedzieli, wisieliśmy tak trochę w powietrzu. Na szczęście w hałasie obcej mowy, wyłapaliśmy swojskie qrwa i poznaliśmy Dirta (Toruń) i Maćka (Gdańsk) – przygarnęli nas do swojego plutonu. Pojedliśmy, popiliśmy, pogadaliśmy, było już ok północy, więc za autem rozłożyliśmy śpiwory i w kimę, rano o 8:30 umówiliśmy się na wymarsz do bazy SELA. Kakofonia muzyki z całej Europy, oraz śpiewy, śmiechy i rozmowy przyjezdnych, niosły się wśród nocnej ciszy... jak ktoś się obudził, ciężko było zasnąć.

PIĄTEK:
Rano wstaliśmy o 7, zjedliśmy coś na szybko, spakowaliśmy graty oraz karimaty i śpiwory. O ile wieczorem nasze auto stało na samym skraju parkingu, jako ostatnie, to rano juz staliśmy mniej więcej w połowie nowopowstałego tworu parkingopodobnego – tylu ludzi dojechało. O wyznaczonej godzinie czekaliśmy pod bramą na Dirta i Maćka. Dwie ogromne kolejki do chrono były przyjemnym porannym smaczkiem – jak to dobrze, że załatwiliśmy to poprzedniego wieczora ;P Ze strefy offzone do bazy SELA było ok 2,5km, czyli 30min spokojnym marszem. Po drodzę latały nad nami nisko 2 helikoptery, które robiły to później nagminnie przez 2 kolejne dni. Efekt nawet małego, bo 4 osobowego śmiglaka, przelatującego ze sporą szybkością tak 10-15m nad głową, trzeba przyznać – miażdżący. Za dopłatą 33euro do biletu, można było zapisać się do sił powietrznych, ale raz że gdy sie zgłaszaliśmy w ostatnim w sumie terminie, to miejsc w Kurczakach Hassana, czy jak to zwali, nie było już; a dwa, że szkoda nam było tyle kasy za 1 kilkuminutowy przelot.
Teren gry to poligon pobliskiej jednostki wojskowej, wielkości ok. 2,5km na 3km, głównie lasy iglaste i mieszane różnej gęstości i wysokości, wszystko na piaskach, sporo dolin, pagórków i wąwozów, w centrum działań była spora polana ok. 1km x 1km z rzadkimi choinkami i kilkoma betonowymi wzgórkami. W połowie drogi pomiędzy Offzone i bazą Sela minęliśmy całkiem nieźle zrobioną i zorganizowaną wioskę tubylców. Baza SELA też prezentowała się nieźle, umieszczona była na skrzyżowania 2 dróg i w okolicach. Fortyfikacje z gałęzi, namioty wojskowe, siatki, wieżyczka myśliwska, flagi, a co najważniejsze – 8 toy-toi i stoisko z gorącą kiełbachą i piwem – czy trzeba czegoś więcej przeciętnemu arabskiemu wojownikowi?! No może te obiecane 72 dziewice, ale na początek było nieźle ;P

STRONNICTWO S.E.L.A:
Strona SELA, licząca ok 400 osób, podzielona była na 6 kompanii, a te z kolei zawierały po 3 lub 4 plutony liczące średnio po 35-50 osób. Dzięki poznanym chłopakom, przydzielono nas razem z nimi do 3 kompanii i 2 plutonu – kod Charlie 2 lub C-2. W plutonie mięliśmy dobrze zorganizowany oddział ok. 20 Bułgarów (kod: Charlie 2 Bravo, w składzie mięli sympatyczną dziewuszkę, robiącą za łącznika oraz 2 śmisznych grubasków, nazwanych przez nas Miszlenami, którzy wlekli sie zawsze na końcu i nic nigdy nie wiedzieli co się dzieje i co mają robić ) - tak wyglądali: https://plus.google.com/photos/11832498 ... banner=pwa
oraz coś ok 10-12 Węgrów, którzy zagubili się w tym wszystkim i nikt ich później nie widział. Każdy z plutonów otrzymał wyznaczone miejsce do obozowania oraz perymetr do ufortyfikowania i obrony w razie ataku na bazę. Po stworzeniu fortyfikacji w wyznaczonym miejscu, wróciliśmy do obozu by umalować ryjki – taki był główny znak rozpoznawczy SELA, (Task force 359 miało nosić hełmy, przy czym popieprzyli to w trakcie upału i były spiny, ale o tym później). Umalowani, oszpejowani, zwarci i gotowi, z flagą Polski na patyku poszliśmy o 10:30 na defiladę na cześć Hassana. Było jak na typowym wiecu komunistycznym – głośno, hucznie i wesoło.
Pierwszy rozkaz – rozpoznanie terenu i konwojowanie jakiegoś małego oddziału otrzymaliśmy o godz. 12. Za sprawą Miszlenów, którzy mięli w pewnym momencie przekazać nam rozkaz powrotu, a jakoś nie dali rady, kwitliśmy w lesie 2 godziny dłużej niż powinniśmy, razem z Miszlenami, następnie wróciliśmy od dupy strony do własnego obozu. Ok 16, już jako Charlie 2 PAPA (od Polska), czyli 7 osobowy oddział polski pod wodza Rogiego, otrzymaliśmy rozkaz patrolu dróg i zabezpieczenia pobliskiego terenu, wyglądało to tak że szliśmy 200m drogą, a następnie rozchodziliśmy się w 2 małych grupkach 200m w głąb lasu. Swoich mięliśmy kontrolować, w razie braku znajomości haseł rozstrzelać ;p , a wrogów w razie kontaktu – również zastrzelić, proste. Niestety wrogowie sie nie pokazali, a nasi zabici ze szmatami wracali tabunami.

APROPOS:
Tutaj chciałem wspomnieć o bardzo pozytywnej rzeczy – wszyscy trafieni z SELA wyciągali kamizelki odblaskowe, czerwone, lub zielone mięli ja na sobie, a u nas na strzelankach, nawet tych dużych, jak ktoś ma czerwoną szmatkę, do drze się ją na 5 kawałków, bo przeca koledzy nie mają, a później chodzi banda z takim świstkiem i drą ryja jak im ktoś serię pośle. Bardzo pozytywny zwyczaj z tymi kamizelkami, wprowadzimy go w ekipie a może i w Koalicji.

Około godziny 19 wyszliśmy na skraj lasu, czyli jakiś kilometr drogą od obozu, postanowiliśmy dosyć samowolnie spatrolować rozległą polanę, porośnięta wysoką suchą trawą oraz choineczkami, gdzie niegdzie trafiały sie bagienka. Dirt zrobił szybkie reko z wieżyczki dla myśliwych, jego uwage przykuł fakt, że wrogie trupy znikały gdzieś na drugim końcu polany, a w innym końcu pojawiały się wraże patrole. Chcieliśmy wyczaić ich bazę i respa. Podchodziliśmy po woli, ostrożnie, z czujkami na przedzie, w szyku ubezpieczonym. W połowie polany wyczaił nas wrogi patrol, z 4 wrogów zrobiło się 8, później 15 aż doszło do ok 25-30, czyli prawie cały pluton. Ruszyli co prawda tyralierą w naszym kierunku, ale szybko skręcili w kierunku, z którego przyszliśmy – na ambonę myśliwską na skraju lasu. Nie wiem do końca czy takie mięli rozkaz, czy nie chcieli się pchać po otwartej polanie na nas, nie wiedząc ilu nas jest, kto my są i co my tam robimy, a mięliśmy przewagę dobrej pozycji – rząd choinek, a z przodu 120m pustki, raj dla strzelców wyborowych, za których robiliśmy ja z SWD i Dirt z M14. Gdy weszli w las, z którego my przyszliśmy, rozpoczęła się potyczka z jakimś naszym patrolem. Wtedy zapadła szybka decyzja – robimy im dupę. Ściemniało się szybko, było już grubo po 20, chyłkiem, między choineczkami podeszliśmy pod sam las. Pierwszy miał strzelać Rogi, dając tym sygnał do ataku. Oddział TF359 rozwalił nasz patrol i zrobił to co asgsowcy robią najlepiej – stanęli w luźnej grupce i zaczęli pie***** o dupie Maryni... Rogi z 4 ludźmi wbili się w jakiś okop na skraju lasu, skąd zobaczyli grupkę. Ja z Suworem poszliśmy trochę za daleko na prawo od nich i nie udało się dołączyć – w sumie dobrze, bo grupka wzajemnej adoracji już miała sie rozłazić, wiec Rogi wygarnął, a razem z nim świniak Maćka i 3 pozostałe aegi. Masakra to chyba najlepsze określenie tego co się wydarzyło, było już ciemno, po kanonadzie naszych dzielnych wojaków las rozświetliły czerwone lampki trafionych i krzyki Słowaków (bo to byli Słowacy) kryć sie, hit i medyk. Z Suworem zostaliśmy z prawej strony dokładnie pod ambonką i dobrze sie złożyło, bo z tej strony na odsiecz chcięli przyjść Niemcy z TF. Wyłapali kilka kulek, przesuwaliśmy sie co chwilę, Suwor siał na auto – czyli robiliśmy akcję "jest nas tu w ciul". Niemcy się cofnęli, a chłopaki z okopu młócili Słowaków, którzy już chyba nie mięli medka, wiec wychodzili z czerwonym światłem na polanę za nami. Wbiłem się na godzinę 9 wrogów, Suwor pilnował tyłów, chłopaki z okopu oświetlali mi 3 wyjątkowo upartych wrogów, w tym jednego ze świniakiem. Ich jasne, pustyne mundury, po lekkim oświetleniu, były świetnym celem – pizd, pizd, 3 mniej, koniec stracia, ciemno jak w du... Nasze straty to 4 ludzi, 3 zipie, wycięliśmy pluton słowacki, którzy wychodząc z lasu pytają kto ich wycharatał i ilu nas było. Słysząć że 7 Polaków – zgłupieli. Po całym dniu patroli, łażenia, szukania i braku akcji, zaserwowaliśmy sobie finisz w pięknym stylu. Lampki na łeb, kierunek obóz, darowaliśmy sobie działania nocne, choć Rogi miał ochotę, niemniej jenak w bazie, widząc sprzęt ekipy rozłożonej obok – ptw gen 3 z nokto 3+ daliśmy sobie na noc siana – papu i w śpiwory. Jutro też jest dzień.... chłopaki podeptali do OFFZOne, naładować batki i odprowadzić Suwora.

SOBOTA:
Pobudkę mięliśmy gdzieś ok. godz 7 – wróg przypuścił szturm na naszą bazę. Szturm odparto, jeszcze godzinę siedzieliśmy w śpiworach. Mycie, papu, ogarnięcie sprzętu, obserwowanie opróżniania toy-toi przez szambowóz, a później obserwacja jak ten szambowóz landek wydzierał, bo si.ę bidak zakopał w piasku ;p O 10 jako Charlie 2 PAPA team Leader poszedłem na odprawę – taka rotacja dowództwa. Pluton Charlie 2 dostał zadanie odnalezienia, zepsucia i utrzymania 2 sterowni na rurociągu wroga. Miała to być misja na 4h, marsz ok 2,5km, prowadziło Charlie 2 Bravo, trzymali tez swoje lewe skrzydło, Papa miało pilnować prawej, a Węgrzy zamykać – niestety zaginęli w akcji i przejęliśmy ich robotę. Suwor nie dotarł na czas z OFFzone, zamiast niego przyłączyli się do nas 2 inni Polacy – Bender i Kazik. Stąd trochę inne spojrzenie Suwora na imprezę – przez jeden dzien działał inaczej i w innych miejscach.
W drodze mijały nas pojazdy orgów, czasem cywilne no i oczywiście śmiglaki nad głową, rozkaz był by być niezauważonym, więc marsz był raczej powolny. Co jakieś 500-600 metrów była chwila odpoczynku, oraz ustalaliśmy punkty rendezvous . Do wyznaczonych punktów nie doszliśmy – co chwilę otrzymywaliśmy z dowództwa inne, czasem sprzeczne rozkazy, a sama misja zamiast do 14, przeciągnęła sie do 16 z groszami. Jako że nie braliśmy całego szpeju, bo miało być na lekko, zaczęło brakować wody. Bułgarzy podzielili się tym co mięli – wodą i czekoladą, morale było dobre. Mięiśmy kilka drobnych starć w lesie, znaleźliśmy piszczące czarne skrzynki, oraz oddział SELA z innej kompanii, który od 2 godzin czekał tylko w lesie na wrogie desanty ze śmigłowca, po czym rozsmarowywali ich po oddaleniu się śmigłowca – ot proste i pożyteczne hobby ;P Ok. Godz. 16:30 dostaliśmy rozkaz wycofania się poza granicę i zabezpieczenia skrzyżowania przygranicznego. Odłączyliśmy się od Charlie Bravo i szliśmy do nich równolegle, z prawej strony – teren znaliśmy z poprzedniego dnia. Decyzja byla dobra, po jakichś 300 metrach marszu wyczailiśmy wrogi oddział na skrzyżowaniu, Bułgarzy poruszali sie wolniej, ale było ich ponad 2 razy więcej od nas, próbowaliśmy ich ostrzec, ale wyłączyli radia, czekaliśmy aż wejdą na Tfów, sami idąc dziarsko na wabia drogą na środku polany. Manewr się udał, Tf zaczęły za szybko strzelać, Biłgarzy uderzyli frontalnie, a my cisnęliśmy od flanki – było grubo, mięliśmy rannych, Imrahil leczył dookoła wszystko co wołało medyka i nie uciekało na drzewo, a Maćkowy świniak musiał nowego boxa dostać (były ograniczneia amunicji na wyjście: do aega 600 kulek w midach, do świniaka 2000 a dla snajpy bolt action 60 kulek), niemniej jednak oddział TF został rozsmarowany, a niedobitki uciekły. Lokalny reporter wojenny był akurat w pobliżu, tak że powinniśmy miec ładne fotki z tego starcia. Pozytywnie podbudowani wygranym starcie, zmęczeni i bez wody, ale zadowoleni, ruszyliśmy drogą przez środek polany w kierunku naszej bazy. Nasze zdziwienie, gdy w krzakach 5 m przed nami zobaczyliśmy oddział wroga, było nie mniejsze niż ich zdziwienie, jednak świniak Maćka nie spał, Rogi z dwoma oskrzydlił z prawej, Fajera i ja wzięliśmy lewą, a Imrahil leczył pocharatanych, bo Niemcy nie byli dłużni. Po 5 min było po wszystkim, ale nasza mina gdy wyszliśmy z choinek i zobaczyliśmy na otwartej przestrzeni tyralierę 30 wrogów musiała być śmieszna. W obliczu przeważającej liczebności wroga, tragicznego upału oraz braku wody na kolejne godziny starć, wykonaliśmy taktyczny odwrót, innymi słowy – spierdalaliśmy w zorganizowanym pośpiechu w kierunku lasu i naszje bazy, w trakcie zaginął nam Rogi. Nie zginął, przyczaił się, ale dowiedzieliśmy się o tym dopeiro po bezowocnym półgodzinnych oczekiwaniu na niego przy pobliskim bunkrze. Nie mając w sumie nic do stracenia – wody nie mięliśmy, byliśmy zmęczeni, a i tak szliśmy do bazy bo dostaliśmy info, że w bazie wodę dowieźli (rano sie skończyła), postanowiliśmy zaatakować pluton Niemców, który w czasie naszego oczekiwania na powrót Rogiego, zwinął tyralierę i obsadził spory bunkier ok 200m od nas. Nie atakowali, bo jak to Niemcy, nie mając przewagi 40 do 1 nie atakują – Sabaton! Na modłę 1Roty z Rzeszowa, z gwizdkami, okrzykami bojowymi i haukaniem, napadliśmy w 7 około 30 osobowy, dobrze usytuowany pluton niemieckich TF. W trakcie natarcia odnalazł się Rogi i chyba ze 4 Węgrów. Niemcy zdębieli, widziałem ich miny w lunecie i śmiałem sie do rozpuku, mało w taktyczne portki nie narobili ;D O dziwo, udało nam się trafić prawie połowę z nich, po czym przestali się przyznawać i siali seriami lobem. Niemniej jednak moje wiosło i M14 Disrta siały ostro, ciężkie kkulki śmigały pomimo mocnego wiatru i trawy. Jednego mośka trafiłem w hełm aż zadzwoniło, ludzie wokoło wytykali go palcami i śmiali. Niemcy dostawali, bo widać było, jak się który przy hicie cofie lub wstrząsa jakby go wodą oblał, niemniej jednak szli w zaparte i nadal trwali na pozycji, a my się wyszumieliśmy i powróciliśmy do obozu około 18. Po ponad godzinnym odpoczynku, dowiedzieliśmy się, ze do 21:30 działa wioska, a później zawieszenie broni do rana, a poza wioską od 22 to samo. Poszliśmy więc po ostatnie rozkazy – razem z częścią Charlie 3, akurat Włosi to byli, mięliśmy wąwozem dojść na skraj lasu, gdzie był X-Ray – oddział Austriaków odpowiedzialnych za zabezpieczenie miejsc lądowań śmigłowców. Zanim do nich doszliśmy, Włosi zdążyli się zgubić, a X-Ray otrzymał nowe rozkazy – jako że Charlie 1 zaginął w wiosce i się nie odzywa, pozostałe Charlie miały zebrać sie i ruszyć na wioskę. Wszystko ładnie i pięknie, ale koordynacja wszystkiego, która była i tak dosyć mizerna, padła całkowicie. X-Ray miał jakieś skopane radio i słyszał sam siebie, jako Charlie 2 zajęliśmy bunkier na górce, gdzie łapałem właściwie wszystkie komunikaty dowództwa, poza tym co móiwł X-Ray ;p Zanim zebrały się wszystkie ekipy, usłyszeliśmy na radiu komunikat o odnalezieniu C-1 i zajęciu wioski przez TF. Dochodziła 21, godzina do końca, ponad 50 ludzi na polanie nie mających pojęcia co robić. Jako że my wyjaśniliśmy sytuację i ruszyliśmy do przodu, nagle przylepiło sie do nas ponad 40 chłopa idących za nami bez ładu i składu na "polowanie". Ostawiliśmy tych rządnych krwi walecznych Włochów i Austriaków na pobliskiej górce, gdzie atakowaliśmy wcześniej Niemców i wróciliśmy do bazy – pakować się i wracać na OFFzone, bo rano wyjazd, a event we wiosce nas nie interesował. Marsz nocą zakurzoną drogą, gdzie każdy pojazd wzbijał tumany kurzu był niezapomniany. Susza była okropna, aż dziw że pożaru nie było. W OFFzone umyliśmy, podjedliśmy do syta i nyny.

POWRÓT
Wstaliśmy po 7, ludzie wokoło przygotowywali się do dalszych działąń, które miały trwać do 12 lub 13, a my ok. 8 z groszami ruszyliśmy do doma, trochę inna trasą – w kierunku na Liberetz i dalej Zgorzelec. Droga o dziwo była dużo lepsza, ale za Liberetz się pokopało. Niestety moja mapa gps nie miała info o ewentualnych robotach drogowych, kilka odcinków dróg było zamkniętych, musieliśmy kombinować. W pewnym momencie Rogi zauważył, że wszystko wokoło ma napisy po niemiecku... Fajera profilaktycznie ściągnął czapkę polską, a nam spięły sie poślady i zrobiło się ciepło... W razie kontroli jakiejkolwiek, w świetle ich prawa tracimy nasze nielegalne repliki. Po ok 200m jazdy w panice, oczom naszym ukazał się swojski klimat – lumpy pod sklepem i nazwa miejscowości w języku polskim: Sienawka. Radości nie było końca. Dalej minęliśmy elektrownię robiącą klimat jak w Czernobylu, Suwor robił fotki, wrzuci sie je później. Droga do domu trwała jeszcze kilka godzin, obyło się bez większych incydentów, poza burzami piaskowymi na autostradzie pod Wrocławiem.

WRAŻENIA:
Cóż, według założeń, miał być to milsim, w praktyce, tak jak Suwor prawi – to był piknik asg. Cóż innego można zrobić z niemal tysiącem ludzi na małym dosyć terenie. Zaplecze sanitarne oraz fabularne było na wysokim poziomie, niestety niski poziom dowodzenia, sprzeczne rozkazy, brak koordynatorów i tzw. Duchów w grze, dawał sie ostro we znaki. Niestety była to typowa masówka, jakich teraz coraz więcej, gdzie gracze jadą popić, polansić się i najchętniej do wystawionych im przed nos celów postrzelać, a orgowie klepią na tym kasę. Było tam kilku takich misiów po 150kg, przy których Micheliny wyglądały na anorektyków, których widok kojarzył się od razu z zawałem, jednego takiego wsadzili nawet do tego szmatowozu, ciekawe jak im się udało go upchać. Nie ma się co czarować, obecne Basra, Borne, Stalker Nyski itp. są identyczne - komercha.

Osobiście chciałem raz zobaczyć tak dużą imprezę za granicą, poznać ludzi, pogadać, dowiedzieć się czegoś, obejrzeć sprzęt. Niemniej jednak za rok - raczej nie jadę, wolę lokalne larpy i pseudomilsimy, ciekawsze są a na pewno sporo tańsze.
Po angielsku, dogadaliśmy się z Czechami, Litwinami, Norwegami, Szwedami, Bułgarami, Węgrami, Włochami, a Słowacy mówili niemal po polsku a przynajmniej dużo rozumięli – tak jak gość przy barze ;p tylko te tempe Germańce mówili niemal wyłącznie po swojemu.
"Ręce które beczą" - tuning, naprawa replik.
Obrazek

That's me - Mendi
Avatar użytkownika
Mendi
Moderator
 
Posty: 2599
Dołączył(a): Wt cze 13, 2006 3:02 pm
Lokalizacja: Jarosław
Ekipa: Madness

Re: Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Mendi » Pt maja 04, 2012 7:40 pm

Re: 27.-29.4. 2012 Border War 4 - The Newcomer (Czechy)

Post Napisane przez Komrad Suworow » 30 kwi 2012, 2012 22:05
Ok, to się rozpiszę, może ktoś to kiedyś przeczyta, np. przy Borderwar 5 i będzie lepiej przygotowany na "Woodstock Airsoft".

Zacznę od rzeczy pozytywnych. Miło było poznać ludzi z tylu krajów z podobną pasją, podpatrzeć sporo ciekawych patentów i przetestować sprzęt. Zaplecze sanitarne zapięte praktycznie na ostatni guzik. Wszystko było cacy do pierwszych paru godzin. Dowódca plutonu zapadł się pod ziemię, wysłał nam dwóch grubasków, którzy mieli nas cofnąć do bazy, Ci nie zrozumieli i się do nas przyłączyli. Dzięki czemu zapuszczaliśmy korzenie gdzieś na polanie. Następnie odtransportowaliśmy obu nieszczęsnych RKMistów ze stanami przedzawałowymi do bazy, aby się dowiedzieć, że mogliśmy wrócić 3h wcześniej. A to dopiero początek.

Nauczeni w Chorwacji co znaczy słowo „Checkpoint” w ustach dowództwa, zdecydowaliśmy się na „Free Patrol” ;] Czyli szukanie kłopotów na własną rękę, nie jechałem tam po tonę fragów, więc późniejsza zabawa w kotka i myszkę i wjazd na tyły wroga były całkiem przyzwoite. Chodź sam fakt, uniknięcia okrążenia przez pluton albo dwa Słowaków podobał mi się bardziej niż zrobienie im kuku ze stratami własnymi (chyba 5 ludków do piachu u nas (z 7) i jakieś 24 u nich z tego co ogarnąłem. może więcej). Bo tak w zasadzie nie miało to większego znaczenia dla całego konfliktu. Ale czy cokolwiek miało. Z rozmów z ludkami w bazie i potem w Off Zone z przeciwnej strony obraz wysuwa się taki: Scenariusza w 80% nie było. TF biegali sobie swobodnie, mieli z 10 aut, które jeździły jak kelnerzy serwując nam darmowe fragi na tacy. Zamiast użyć aut do dostarczania np. amunicji, posiłków, szybkiej ewakuacji rannych, to wbijali się nimi na czele. Miałem przyjemność pomóc w egzekucji 8 aut z pełną załogą szturmujących bazę wąską polną drogą bez możliwości manewru, nawet wycofać się nie mogli ani zawrócić. Nasi nie lepsi, aut chyba mieliśmy 2 albo nawet 1 glono-wóz. Który na moich oczach okrążył z 50 TF, po czym zamiast wysadzić załogę, po prostu wjechał z nią w środek, wymiana ognia trwała z 3 sekundy, potem nad autem ujrzałem dużo pomarańczowego.

Przyznam się, że odpieranie fal Niemców stosujących taktykę równie wyrafinowaną co Zergi w StarCrafcie było całkiem przyjemne, zwłaszcza, jak nagle cały las zaczyna się ruszać i strzelać w twoim kierunku, myślę, że byłem najszybszym człowiekiem na Sułtans Road w tym momencie. Z pomocą Bułgarów wezwaliśmy pomoc i tylko trzymaliśmy linię. Wynikł tam jakiś „kwas” chyba. Pamiętam jak dowódca obrony kłócił się z którymś z Niemców, że jak dostaje kulkę to umiera a nie robi zwiad, a on mu coś odpowiadał, że sprawdzał jakąś kartkę na drzewie. „– Dwa bataliony Niemców zginęły przez tą kartkę!” Mogło chodzić o pola minowe, chyba myśleli, że to to i wbiegli prosto na nas, nie mam pojęcia. Po stronie TF był atak, gdzie SELA wesoło naparzała, przez oznakowane pole minowe. W nocy ktoś poświecił na helikopter laserem, pilot wezwał policyjny śmigłowiec z tego powodu wstrzymano działania nocne. Wyszedłem dość dobrze na asekuracyjnym podejściu, jako, że jechałem przeziębiony na event wolałem odpuścić spanie pod gołym niebem na terenie bazy, widać się opłaciło.

TF miało inne rozkazy od swojego HQ a co innego mówili orgowie. Przy ataku na wiochę tubylców wbili się tam z 4 wozami, a jak wpadliśmy ją odbić wyszedł organizator z informacją, że wioska jest teraz safe zone, nie można tam strzelać i wywalili wszystkich TF. Z tego co dowiedziałem się potem, to chcieli z tej wiochy robić potem wypady prosto na bazę SELA, i była tam bardzo duże ich siły. Potem stracili „momentum” i wsio trafił szlag. Męczyłem Bandita o pożyczenie munduru, co by się dopasować do zasad, i z rozmów wiem, że niektórzy kupowali nawet szpej, czy hełmy etc, jednak wielu miało to w 4 literach, u nas ludzie w kaszkietówkach, bez pomalowanych pysków u nich patrolówki, mundury woodland etc. strzelanie full auto z 2 metrów z żółtymi naklejkami. Snajperzy z m180 i m190 (a Mendi się martwił o m170:]). Ludzie z GBB na 520FPS walący z przyłożenia w wiosce.

Przyłączanie się do stron konfliktu będących bojówkami, talibami etc. ma zawsze jedną zaletę, ludzie tam mają dystans. W TF była masa nie zorganizowanych „geardos”, gadzeciarzy, co częściej pozowała niż strzelała. Ogólnie osoby stylizujące się na TF powinny być zorganizowane lepiej, ze strukturą etc. Wyglądało to niemal odwrotnie. Jasne, że i u SELA byli niezbyt ogarnięci ludzi, ale więcej ludzi narzekało na TF. Nawet podczas luźnej rozmowy z LARPowcami z wioski talibów usłyszałem właśnie taką opinię, którzy mieli okazję obserwować wszystko z dystansu. Brakowało kogoś, kto dbał by o przestrzeganie zasad na polu. Widziałem ludzi z hi-capami, respawnujących się na miejscu po wyjściu z off-zone. Jeździły co prawda med-evac, ludzie wyciągali rannych z pola walki, byli oczywiście ludzie postępujący z zasadami, eskortujący rannych etc. jednym słowem miks podejść do ASG, ale jakieś podstawowe zasady powinny być przestrzegane.

Z rozmów z ludźmi z poprzednich edycji, to podobno i tak było nieźle, impreza zazwyczaj i tak idzie na ilość a nie jakość. Otrzymaliśmy miły i sympatyczny piknik asg, słowo MilSim należy skreślić z plakatu.
Nie powiem, że bawiłem się źle, po prostu otrzymałem inny produkt niż mi obiecano. Myślę, że pojawię się tam za rok, już będę wiedział na co się szykować.

Trochę o motywie ze śmigłowcem i laserem: http://www.youtube.com/watch?v=Rgu6wBSFSLU
Jak wyglądał teren: http://www.youtube.com/watch?v=isU4PzPn ... ure=relmfu
"Ręce które beczą" - tuning, naprawa replik.
Obrazek

That's me - Mendi
Avatar użytkownika
Mendi
Moderator
 
Posty: 2599
Dołączył(a): Wt cze 13, 2006 3:02 pm
Lokalizacja: Jarosław
Ekipa: Madness

Re: Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Komrad Suworow » Śr maja 30, 2012 7:26 pm

Sprawozdanie dowódcy naszej kompani: http://www.borderwar.cz/sources/media/G ... rtCCOY.pdf
Airsoft should not only be legal, it should be a national sport. Airsoft for fun and fitness! It'd practically give you a basically-trained citizen's militia for free.

That's me - Suwor
Avatar użytkownika
Komrad Suworow
Aktywny Forumowicz
 
Posty: 1656
Dołączył(a): So maja 13, 2006 6:06 pm
Lokalizacja: Rzeszów

Re: Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Mendi » Pt cze 01, 2012 8:14 am

Suwor, mam twoje graty i aparat (z którego fot nie zgram bo takiego śmiesznego kabla nie mam, a karta tez niestandardowa jest), nie mam tylko jak ci tego przekazać - do Rzeszy się nie wybieram.
"Ręce które beczą" - tuning, naprawa replik.
Obrazek

That's me - Mendi
Avatar użytkownika
Mendi
Moderator
 
Posty: 2599
Dołączył(a): Wt cze 13, 2006 3:02 pm
Lokalizacja: Jarosław
Ekipa: Madness

Re: Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Nelo » Śr cze 06, 2012 6:20 pm

Bede na weekendzie w domu, to mogę wziąć.
Avatar użytkownika
Nelo
Aktywny Forumowicz
 
Posty: 252
Dołączył(a): Śr mar 31, 2010 9:27 pm
Lokalizacja: Jarosław

Re: Border War 4 - sprawozdanie

Postprzez Mendi » Pt cze 08, 2012 10:54 am

ok Nelo, to jakoś ci to podrzucę. Skoro już robisz za tragarza, to weźmiesz może magi dla Bandita i hk416 dla Halika?
"Ręce które beczą" - tuning, naprawa replik.
Obrazek

That's me - Mendi
Avatar użytkownika
Mendi
Moderator
 
Posty: 2599
Dołączył(a): Wt cze 13, 2006 3:02 pm
Lokalizacja: Jarosław
Ekipa: Madness


Powrót do Sprawy ogólne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość